Jesteś tutaj

Czy smok to zwierzę? Rozmowa z ilustratorką Agnieszką Żelewską

/
Data wydarzenia: 
18.05.2020

Czy smok to zwierzę? Rozmowa z ilustratorką Agnieszką Żelewską

Brakuje Wam kontaktu z ilustracją i warsztatów rysunkowych w Bibliotece Oliwskiej? Jest na to sposób! Czytajcie wywiady, które Mateusz Pudlis - pracownik naszej biblioteki, przeprowadził z trójmiejskimi ilustratorami. Dowiecie się jak zaczynali, co ich kręci i co w ilustracji jest najważniejsze. Dorośli nie będą się nudzić, a na dzieci czekają niespodzianki!

 

Czy smok to zwierzę?

Rozmowa z ilustratorką Agnieszką Żelewską

 

Dlaczego zajmuje się Pani ilustracją dla dzieci?

A. ŻELEWSKA: Ha ha ha. Nie wiem. Taki los.

Jakie były początki Pani drogi twórczej?

A. ŻELEWSKA: Słowo „droga” jest jak najbardziej na miejscu, bo ilustrowanie to przygoda w czasie, podróż bez celu różnymi środkami lokomocji, z przystankami po każdej wydanej książce. Zaczęła się cieniutką ścieżyną, tak dawno, że aż nie pamiętam. Krótko mówiąc – rysuję odkąd kredka przestała wypadać mi z łapek. W pierwszej wystawie wzięłam udział w przedszkolu – była to galeria prac dzieci przy kręconych schodach – wisiały tam wspaniałe kolorowe głowonogi.

W szkole podstawowej ścieżyna zamieniła się w ścieżkę – moim wychowawcą został artysta malarz, taki najprawdziwszy, którego obrazy wisiały w galeriach. Nie było wyjścia – wszyscy rysowali i malowali na potęgę, brali udział w konkursach, biegali na wystawy i do muzeów. W dodatku siedziałam w ławce z niezwykłą dziewczynką, która wspaniale rysowała i dużo wiedziała o sztuce. Razem rysowałyśmy we wszystkich zeszytach, tych od matematyki, historii i geografii – na marginesach, między słupkami, wszędzie.

Potem rysowałam nadal – w liceum w klasie matematyczno-fizycznej, a potem na uniwersytecie, na filologii polskiej, aż moja przyjaciółka namówiła mnie, żebym razem z nią zdawała do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Gdańsku. Pamiętam jak biegłam z egzaminu z gramatyki opisowej na egzaminy wstępne do PWSSP. To miała być próba, ale udało mi się zdać za pierwszym podejściem. Trochę się tego nie spodziewałam – musiałam wybierać, z których studiów zrezygnować. Do dziś trochę tęsknie za zajęciami z teorii literatury.

I tu ścieżka zmieniła się w uczęszczany trakt, zaczęłam podróż z grupą fajnych szaleńców z kredkami i pędzlami. Od początku wiedziałam, po co tam jestem – chciałam ilustrować książki dla dzieci. I taki też był mój dyplom – „Przygoda pewnej koparki” – narysowałam ją dla mojego małego synka, który wtedy przepadał za koparkami, dźwigami i walcami. 

Nadal lubię te ilustracje i są dla mnie ważne. Właściwie zatoczyłam koło i teraz moja ilustracja jest bliżej tej dyplomowej niż kiedykolwiek. Po wielu latach ilustrowania pastelami znów wróciłam do wycinanek.

Obok pasteli i wycinanek pojawia się dziś elektronika, która wiele zmienia…

A. ŻELEWSKA: Na pewno. Co prawda nadal w dużym stopniu pracuję analogowo, na papierze, farbami, nożyczkami, papierem kolorowym. Ale często komponuję ilustracje w komputerze, z przygotowanych wcześniej elementów. Poza tym komputer ułatwił mi przygotowanie makiety i zaplanowanie całości książki.

I ktoś później te książki ocenia.

A. ŻELEWSKA: Kiedyś moimi pierwszymi i najważniejszymi recenzentami były moje dzieci. Teraz wyrosły i zajęły się własną twórczością. Ale nadal najbardziej się cieszę, jeśli jakieś znajome dziecko polubi Wesołego Ryjka czy Gęboluda (dziękuję, Guciu!).

Pewnie Pani pamięta swoich ulubionych autorów…

A. ŻELEWSKA: Tak się szczęśliwie złożyło, że książki mojego dzieciństwa ilustrowali najwięksi mistrzowie: Teresa Wilbik, Janusz Stanny, Józef Wilkoń, Bohdan Butenko, Antoni Boratyński, Olga Siemaszko, nie sposób wymienić wszystkich. Byłam szczęściarą. Konkurencją dla książek był jeden program czarno-białej telewizji. Po obejrzeniu Jacka i Agatki (Adama Kiliana) można było przez resztę dnia oglądać książki z obrazkami.

Ale dopiero w szkole podstawowej odkryłam, że ilustracje w książkach tworzą konkretne osoby z imieniem i nazwiskiem i zakochałam się w akwarelach Janusza Grabiańskiego. Wycinałam ilustracje Grabiańskiego z „Płomyczka” i przypinałam na makatce ze słomy.

W ilustracjach zawsze najbardziej pociągał mnie nastrój i tak jest do dziś. Uważam je za okienka do cudzych światów, jak wtedy, gdy wieczorem idzie się ulicą i zagląda do cudzych mieszkań.

Jako dziecko lubiłam świat Grabiańskiego – pełen puchatych zwierzaków i królewien w tiulach, tajemnicze światy Szancera i mroczne, trochę straszne światy Boratyńskiego.

Teraz częściej zaglądam w okna znajomych ilustratorów – Elżbiety Wasiuczyńskiej, Ewy Pawlak, Pawła Pawlaka, Ewy Poklewskiej-Koziełło, Jony Jung. Kapitalne ilustracje tworzą młodzi: Marianna Oklejak, Agata Królak, Maria Dek, Gosia Herba, Daria Solak. Reaguję na nie bardzo emocjonalnie, ponieważ większość młodych ilustratorów nawiązuje do złotego okresu polskiej ilustracji, czyli do książek mojego dzieciństwa.

Ilustrowała Pani nie tylko książki dla najmłodszych.

A. ŻELEWSKA: Do tej pory było to kilka pozycji – dwie części „Burdubasty, czyli łaciny dla snobów” Stanisława Tekielego i „Kuchnia Dantego” Alfredo Boscolo i Leonarda Masi. To było dla mnie ciekawe wyzwanie – postawiłam na kolaż i naprawdę świetnie się bawiłam. Ilustracja dla dorosłych to w większym stopniu zabawa intelektualna i wyzwanie formalne. Dla dzieci w większym stopniu ilustruje się emocjami. Zawsze bardzo mi zależy na nawiązaniu kontaktu z dzieckiem, staram się, żeby bohater był „do pokochania” .

Czy szycie ma coś wspólnego z ilustrowaniem?

A. ŻELEWSKA: Ma. Bardzo dużo. Zawsze, kiedy uda mi się narysować fajnego bohatera – mam ochotę go uszyć, żeby dzieciaki mogły go wyszarpać i poprzytulać na spotkaniach. Uszyłam dwie czarownice Irenki – jedna mieszka u pewnej Hani, a druga w mojej pracowni, trzy Wesołe Ryjki – jeden jeździ na spotkania autorskie z Wojciechem Widłakiem (autorem książek o Wesołym Ryjku), drugi jeździ ze mną, a trzeci zgubił się w podróży, gdzieś między Białymstokiem a Zgorzelcem (gdzie jesteś, Ryjku?).

Pewnego razu nie mogłam zatrzymać maszyny do szycia i uszyłam wszystkich kocich bohaterów książki „Alojzy, kot w podróży”. W dodatku koty te rozpierzchły się po całym świecie – mieszkają w Londynie, w Krakowie, w Gruzji i w Australii. Koty sfotografowali moi znajomi fotograficy – Anita Andrzejewska i Andrzej Pilichowski-Ragno. Kocią historię napisała Roksana Jędrzejewska-Wróbel.

Ma Pani jakieś szczególne marzenie związane z ilustracją?

A. ŻELEWSKA: Taaak, tu wyjdzie ze mnie osoba zabobonna. Nie powiem, jakie mam marzenia. Chodzi mi po głowie pewna książka, trochę się jej boję, trochę nie wiem, jak ugryźć, raz już była blisko, ale uciekła. Mam nadzieję, że nie na zawsze. Mam też plany, dalsze i bliższe, ale też są jak dzikie zwierzątka, pomału je oswajam, jeśli o nich opowiem – schowają się przede mną…

O, mam marzenie, którym mogę się podzielić – chciałabym żeby powstały filmy animowane z narysowanymi przeze mnie bohaterami książkowymi. Mogłabym zobaczyć, jak Gębolud chodzi po swoim zachwaszczonym ogrodzie, i jak Wesoły Ryjek podskakuje z mamą, tatą i żółwiem przytulanką!

Czego oczekuje Pani od siebie jako od autorki, do czego Pani dąży?

A. ŻELEWSKA: To są straszne pytania. Chciałabym tak zilustrować książkę, że sama bym się zachwyciła i zaskoczyła. Usiadłabym i zakrzyknęła: „No, Żelka, to jest dopiero książka, po prostu książka świata! Jesteś niesamowita! To dopiero!” Tylko co by było potem? Koniec?

A Czego oczekują od Pani wydawnictwa?

A. ŻELEWSKA: Trochę tego, żeby moje ilustracje były takie jak zawsze, czyli żeby wyglądały jak ilustracje Agnieszki Żelewskiej, a trochę, żeby były nowe, inne niż wcześniejsze. Żeby podobały się dzieciom i ich rodzicom, żeby były komunikatywne i dobrze się sprzedawały.

Czy istnieje coś takiego jak ilustracja kobieca?

A. ŻELEWSKA: Na studiach zawsze słyszałam, że mam „męski” rysunek, więc chyba jest coś na rzeczy. Ale tylko w żartach.

Jakie znaczenie mają dla Pani otrzymywane nagrody za ilustracje?

A. ŻELEWSKA: Uwielbiam dostawać nagrody i wyróżnienia. Jak prymuska, która dostaje świadectwo z paskiem, fajne uczucie. Nagrody to potwierdzenie, że to co się robi jest ważne, informacja zwrotna, a poza tym okazja do świętowania i spotkań z innymi ilustratorami i ludźmi książki.

Pani ilustracje także dają okazję do niezwykłych spotkań, na przykład ze zwierzętami.

A. ŻELEWSKA: Oj tak, zwierzaki są wdzięczne do rysowania. Znacznie przyjemniej się je rysuje niż scenki rodzajowe z udziałem ludzi. Rysowałam już miśki, koty, żaby, bociany, kruki i papugi, myszy, szczury, smoki… A nie, smoki to chyba nie zwierzęta, to stwory fantastyczne, no właśnie… czy smok to zwierzę?

 

Rozmowę przeprowadził pracownik Biblioteki Oliwskiej Mateusz Pudlis

 

Jeśli macie ochotę, możecie pokolorować Czarownicę Irenkę. Spróbujcie znaleźć wszystkie nietoperze i koniecznie wymyślcie imię dla pająka zwisającego z pajęczyny! Kolorowanka do wydruku

 

A tu więcej ilustracji. Razem z ich autorką zapraszamy do oglądania!

 

 

Data wydarzenia: 
18.05.2020
Udostępnij: