Jesteś tutaj

Jeden rysunek za tysiąc słów. Rozmowa z ilustratorem Bartłomiejem Broszem

/
Data wydarzenia: 
01.06.2020

Jeden rysunek za tysiąc słów. Rozmowa z ilustratorem Bartłomiejem Broszem

Brakuje Wam kontaktu z ilustracją i warsztatów rysunkowych w Bibliotece Oliwskiej? Jest na to sposób! Czytajcie wywiady, które Mateusz Pudlis - pracownik naszej biblioteki, przeprowadził z trójmiejskimi ilustratorami. Dowiecie się jak zaczynali, co ich kręci i co w ilustracji jest najważniejsze. Dorośli nie będą się nudzić, a na dzieci czekają niespodzianki!

 

Jeden rysunek za tysiąc słów.

Rozmowa z ilustratorem Bartłomiejem Broszem

 

Kiedy zorientował się Pan, że połączy swoją przyszłość z rysowaniem?

B. BROSZ: Pamiętam, że w pierwszej klasie podstawówki, nauczycielka zapytała nas, kim chcielibyśmy zostać. Zgłosiłem się do odpowiedzi i powiedziałem, że chciałbym ilustrować książki. Zajmowałem się wtedy wymyślaniem własnych komiksów. Właściwie żywcem brałem bohaterów typu „Gucio i Cezar” i rysowałem ich po swojemu. Później chodziłem na kółka plastyczne i to działanie się rozwijało. Początki są zawsze trudne, ale muszą być jakieś (śmiech).

Debiutował Pan w wieku 16 lat – to całkiem wcześnie.

B. BROSZ: Zaczęło się od przygody z Gazetą Olsztyńską, to był zupełny przypadek. Wybierałem się na studia architektoniczne, a więc musiałem dużo rysować. Bazgrałem po wszystkim i uzbierała się teczka mniej lub bardziej zabawnych rysunków. Zobaczył ją redaktor Gazety i powiedział, żebym przyniósł tego więcej. Na początku nie tyle ilustrowałem artykuły, co wybierano do artykułów moje rysunki. Nie myślałem o ilustracji dziecięcej. To przyszło trochę przypadkowo. W pewnym momencie, stwierdziłem, że poszukam sobie jeszcze innego zajęcia poza ilustrowaniem gazet. W ten sposób związałem się z firmą Aidem Media, która robi gry komputerowe dla dzieci.

W Aidem Media zajmował się Pan nie tylko stroną graficzną: podkładał Pan głos, tworzył animacje…

B. BROSZ: Podkładanie głosu to była marginalna sprawa. Najwięcej było rysowania, trochę animacji. W czterech grach „Przygody Reksia” przygotowałem tło muzyczne. To właściwie też ilustracja, tylko muzyczna.

Pierwsza część Przygód Reksia jest już pełnoletnia i zdążyła stać się grą kultową. W dużym stopniu przez jej niezwykły, absurdalny humor.

B. BROSZ: Mieliśmy tam dużą swobodę i wpychaliśmy wszystko, co nam się podobało. A że podobały nam się różne rzeczy, to właściwie tylko fasadowo gra była dla dzieci. Jest taka grupa na Facebooku, do której mnie zaproszono. Są tam dorośli ludzie, którzy dalej w to grają i cały czas wyszukują różne śmiesznostki.

Ilustracja dla dzieci różni się od tej kierowanej do dorosłych?

B. BROSZ: To trudne pytanie. Standardowa odpowiedź jest taka, że ilustracje dla dzieci są takie same jak dla dorosłych, tyle że sześć razy lepsze.

Dlaczego?

B. BROSZ: Dziecko jest o wiele bardziej wymagającym odbiorcą niż dorosły. Myślę, że bardziej niż w samym stylu czy kresce, różnica tkwi w treści. W ilustracjach prasowych mogę stosować takie metafory, które dla dziecka będą niezrozumiałe.

W czym przejawia się wspomniana surowość dziecka jako odbiorcy ilustracji?

B. BROSZ: Pamiętam, że kiedy sam byłem mały, bardzo dużo czasu spędzałem na wnikliwym oglądaniu ilustracji. Więcej czasu poświęcałem obserwowaniu tego co jest na rysunku niż samej treści książki.

Rysuje pan dla przyjemności?

B. BROSZ: Tyle rysuję zawodowo, że właściwie nie robię już tego dla przyjemności (śmiech). Albo inaczej: zawsze rysuję dla przyjemności, ale mam tyle pracy, że po prostu o 16:00 kończę (śmiech).

A większą przyjemność sprawia tablet czy praca analogowa?

B. BROSZ: Fajnie jest analogowo.

Dlaczego?

B. BROSZ: Analogowo jest lepiej, bo mam bliższy kontakt z efektem pracy. Naturalny proces rysowania jest dużo wolniejszy, dlatego elektronika wygrywa w zawodowym rysowaniu. Terminy są takie, jakie są i dlatego trzeba wspomagać się techniką. Gdyby jednak mieć nieograniczoną ilość czasu, to myślę, że przyjemniejsza jest praca na kartce zwykłym tuszem.

Wszystkie pańskie prace są komiksowe, jednak są między nimi duże różnice.

B. BROSZ: Zgadza się. Styl rysunkowy zmienia się z czasem; wiadomo, że coś tam się dzieje z ręką (śmiech). Poza tym wczesne rysunki gazetowe były tylko czarno-białe – nie można było zagrać kolorem. Te starsze są bardzo kreskowane, tego szrafu jest strasznie dużo. Są ciemniejsze i bardziej mroczne. Teraz, gdy wszystko może być w kolorze, to kolorem można wiele powiedzieć. Przez to rysunki zyskały na jasności.

Ulubiony kolor?

B. BROSZ: Czarna kreska z jednym kolorem w tle. Czyli taki niezupełny full color, ale czarnobiały plus jeden kolor. Taki monochromat. To proste w formie i przekazie.

A co z techniką?

B. BROSZ: Moja technika to piórko plus podkolorowanie, czyli czarny tusz plus kolor. Ta technika się nie zmieniła. W czasach przedkomputerowych to był po prostu ołówek i kartka, potem cienkopis i akwarelka. Około 2000 r. miałem pierwszy tablet. Kontur nadal powstawał na kartce i wtedy był skanowany. Dopiero później robiłem kolor w komputerze. Właściwie od jakiś dwóch lat, odkąd pracuje na tablecie z podglądem monitorowym, wszystko od zera robię elektronicznie.

Kto jest Pana najważniejszym recenzentem?

B. BROSZ: Najprościej jest w wydawnictwie. Redaktor prowadzący mówi „tak” albo „nie”. Czasami pytam się żony. Jeśli mówi, że jest beznadziejnie, to próbuję przez chwilę walczyć, a potem się poddaję (śmiech).

Działa Pan na różnych polach. Gry komputerowe, gry planszowe, rysunki do gazet, ilustracje dla dzieci. Czym różnią się te zajęcia?

B. BROSZ: Gry są o wiele bardziej skomplikowane, wielopoziomowe. Ilustrowanie książek to po prostu przekazanie obrazem myśli zawartej w tekście. Na tym kończy się moja robota. W grze wszystko musi do siebie pasować, nie można poszaleć jak w ilustracji. Dodatkowo pojawiają się elementy animacji, a same rysunki składają się z kilku, a nawet kilkunastu nakładek. Jakieś postaci chowają się za krzaczek albo wychodzą zza drzewa. To wszystko trzeba uwzględnić rysując. W planszówkach jest podobnie. Tu też musi wszystko ze sobą zagrać – jest dużo więcej pracy. Najczęściej jest to praca zespołowa. Grę komputerową ciężko jest zrobić samemu, do tego potrzeba kilku osób.

Ulubieni ilustratorzy?

B. BROSZ: Całe mnóstwo. Bohdan Butenko, Jerzy Flisak, Jan Marcin Szancer… Było ich dużo więcej, ale te trzy nazwiska najbardziej do mnie trafiały w dzieciństwie.

Jest Pan w stanie powiedzieć dlaczego akurat oni?

B. BROSZ: W rysunkach Butenki urzekała mnie prostota. Są rysowane trzema kreskami na krzyż, a mimo to jest w nich dużo ruchu i wszystko opowiadają. Zawsze bardzo mi to imponowało. U Flisaka jest podobnie, chociaż jego rysunki są trochę bardziej skomplikowane. Patrzyłem na nie i myślałem: „O jaaa! Też chciałbym tak rysować!” (śmiech). U Szancera natomiast zawsze mi się podobało, że w tych jego czarno-białych rysunkach wszystko fruwało. Sprawiają wrażenie, że tam tak lekko szu-szu-szu – ktoś nasmarował i… z tego nagle wychodzą czary.

Stara się Pan naśladować te cechy?

B. BROSZ: Chyba tak… Staram się nie dawać niepotrzebnych elementów, które mogą zaburzyć historię. Czasami dodanie jakiegoś elementu tła potrafi zepsuć, nawet nie tyle samą kompozycję, co pewną myśl. Widział Pan moje rysunki, to nie są anatomicznie poprawne postacie (śmiech), ale pewne uproszczenia powodują jaśniejszy przekaz. Gdybym nagle zaczął rysować realistycznie, to ten przekaz zmieniłby się diametralnie.

To znaczy?

B. BROSZ: Przede wszystkim byłoby to poważniejsze. Kierowane do innego odbiorcy. Pytał Pan o różnicę między ilustracja dziecięcą a tą dla dorosłych. Pewne skróty i uproszczenia łatwiej do dziecka docierają. Kółeczko z dwoma kropeczkami i kreską to twarz. Dziecko to wie. Gdyby po prostu narysować superrealistyczną głowę, to dziecko spojrzałoby i powiedziało: to też jest twarz, ale chyba to nie jest rysunek dla mnie (śmiech). Wyobraźnia odgrywa tu dużą rolę. Dzieci lubią sobie dopowiadać pewne rzeczy. Kiedy powie się wszystko, to zabieramy im miejsce na wyobraźnię. Wtedy można po prostu zrobić fotografię. Ilustrator nie powinien odbierać dziecku miejsca na swoją interpretację.

Jakie jest w takim razie zadanie ilustratora?

B. BROSZ: Przekazanie myśli zawartej w tekście i dopowiedzenie czegoś, czego w tym tekście nie ma, a mogłoby być. Pokazanie, że czytając tekst, można myśleć o różnych rzeczach. Ilustracja prowokuje do myślenia, wymyślania rzeczy na temat tego, co się czyta.

Czy jest taka historia, którą chciałby Pan zilustrować, ale nie miał Pan okazji?

B. BROSZ: Duża, dobra fabuła. Tak naprawdę nigdy nie ilustrowałem takiej książki fabularnej. Dobra literatura młodzieżowa. Jakaś fantastyka w stylu Harry’ego Pottera, to byłoby coś fajnego. To zawsze wdzięczny temat. Autor kreując pewne elementy fantastyczne daje ilustratorowi możliwość wymyślania czegoś, co tak naprawdę nie istnieje.

Jaki był Pana ostatni duży projekt?

B. BROSZ: Napisałem i zilustrowałem serię historyjek. To małe książeczki dla przedszkolaków, które właśnie ukazały się nakładem wydawnictwa Adamada. Pomysł powstał dwa lata temu, jako prezent pod choinkę dla siostrzeńca i bratanka. Napisałem wierszyk i go zilustrowałem. A potem pokazałem w wydawnictwie i stwierdzili, że przydałaby się cała seria.

I napisał Pan jeszcze trzy…

B. BROSZ: Seria spokojnie może się jeszcze rozwinąć. Teraz jednak, czekam na wydanie projektu, który narysowałem kilka lat temu. Rozmowy w wydawnictwie trwają, ale jeszcze czeka na swój moment (śmiech). Jeżeli śledził Pan mój profil na Facebooku, to są tam zapowiedzi książki „Kiedy nikt nie patrzy”. To taki picture book.

Picture book?

B. BROSZ: Historyjka obrazkowa. Jest tam odrobina tekstu, ale to przede wszystkim 8 dużych plansz, gdzie dzieje się bardzo dużo. Na podstawie wypowiedzi bohaterów książki wyszukuje się na rysunkach ukryte szczegóły.

Czy trudno jest opowiadać o ilustracjach?

B. BROSZ: Wychodzę z założenia, że jak się patrzy na ilustracje i ma się obok tekst, to właściwie nie trzeba już nic więcej mówić. Ilustracja zamyka temat. Czytelnik może sobie coś dopowiadać, wymyślać, ale generalnie po to się rysuje, żeby rysunek mówił sam za siebie. Jeden rysunek za tysiąc słów (śmiech). Jeżeli rysunek trzeba opatrywać długim komentarzem i tłumaczeniem, to lepiej zrobić inny rysunek.

Humor dla dorosłych różni się od tego dla dzieci?

B. BROSZ: Chyba nie. Pewnych treści nie można serwować zbyt wcześnie i tyle (śmiech). Humor to ciężki temat. Forma go wyrażająca często musi być prosta, ale nie za prosta, bo może być zupełnie niezrozumiały. To jest bardzo trudne i zawsze mam z tym kłopot (śmiech). „Mnie to chyba bawi” – myślę. Wymyślam coś, ale nie jestem pewien, czy to bawi innych. Pokazuję żonie i pytam: „Czy to jest według Ciebie śmieszne?”. Czasami rzeczy, które wydają mi się bardzo śmieszne, nie budzą entuzjastycznej reakcji. A czasem coś, co narysowałem z myślą: „no dobra, nie mam już innego pomysłu, będzie to i koniec” dostaje fajny odzew. Tutaj nie ma zasady.

Wracając do dzieci…

B. BROSZ: Kiedy rzucamy jakiś temat, dzieci po prostu rysują. Każde dziecko zupełnie inaczej podchodzi do tematu. Bo to jest tak, że wszystkie dzieci potrafią rysować. Po prostu potem przestają ćwiczyć, więc dorosłe już nie rysują. Ale każdy człowiek kiedy jest mały, rysuje. I to nie jest dla niego żaden problem. To mnie zawsze fascynuje.

Z czego to wynika?

B. BROSZ: Z braku blokad. Dziecko po prostu przelewa na papier to, co myśli i niczym się nie stresuje. Jest do bólu kreatywne i to, co sobie wymyśli – to narysuje. Nie zwracając uwagi, jak mu to wychodzi. Wiadomo, że dziecięce rysunki nie są jeszcze wyćwiczone, ale ma to swój urok, jest prawdziwe.

Gdyby dzieci nie przestały rysować, nie stałyby się dorosłe w tym negatywnym sensie?

B. BROSZ: Nie. Byłyby prostu dorosłymi z umiejętnością przelania na papier swojej wyobraźni.

Sądzi Pan, że dorośli tracą tą umiejętność?

B. BROSZ: Tak, tracą…. Trochę się wstydzą, trochę już rysować nie potrafią. Ja rysuję właściwie od dziecka, bez przerwy. Ktoś, kto już nie rysuje, przestaje najczęściej na poziomie podstawówki. Być może tworzy jakieś automatyczne rysunki kiedy rozmawia przez telefon i tyle. A tak naprawdę rysowanie, oprócz wymyślania, to ćwiczenia. Wiadomo, że rysunek siedzi w głowie.

Czego dorośli mogą nauczyć się od dzieci?

B. BROSZ: Myślę, że nieskrępowanej twórczości. Bo dziecko nie wstydzi się tego, co tworzy. Rysuje po prostu wszystko jak leci, nie patrząc, czy wychodzi koślawo, czy nie… Bo to jest bez znaczenia. Czasami żeby przekazać myśl nie potrzeba super rysunku. On może wręcz utrudniać odbiór. Rysownicy tacy jak Koza, Raczkowski, Andrzej Rysuje i inni, robią wszystko, żeby rysunek wyglądał koślawo i zupełnie niepoprawnie. Po to właśnie, żeby wzmocnić myśl, którą ten rysunek przekazuje. Zna Pan rysunki Kozy?

Tak.

B. BROSZ: One są mega koślawe. Bardzo trudno narysować dobry, koślawy rysunek (śmiech). Gdyby były poprawnie narysowane, straciłyby większość swojego uroku. Najważniejszy w rysunku jest pomysł. Cała reszta to dodatek.

O, i mamy złotą myśl na koniec.

B. BROSZ: (śmiech).

Może mogłem zadawać lepsze pytania?

B. BROSZ: To były bardzo dobre pytania, po prostu często padały słabe odpowiedzi (śmiech).

 

Rozmowę przeprowadził pracownik Biblioteki Oliwskiej Mateusz Pudlis

 

Jeśli macie ochotę, łapcie kredki, pastele albo pisaki i pokolorujcie po swojemu ilustrację z książki B. Brosza "Gdybym tak miał goryla" wydanej przez wyd. Adamada Kolorowanka do wydruku.

 

A tu więcej rysunków. Razem z ich autorem zapraszamy do oglądania!

Data wydarzenia: 
01.06.2020
Udostępnij: