Jesteś tutaj

Nowy fantastyczny wywiad!

/
Data wydarzenia: 
01.07.2020

Nowy fantastyczny wywiad!

Tym razem: Dzieci zawsze zrobią coś ponad. Rozmowa z ilustratorką Ewą Poklewską-Koziełło!

 

Dzieci zawsze zrobią coś ponad

rozmowa z ilustratorką Ewą Poklewską-Koziełło

 

Od czego Pani zaczynała swoją przygodę z rysowaniem?

Kiedy byłam mała malowałam po książkach. Chyba tego się nie powinno mówić, ale po prostu miałam potrzebę domalowywania czegoś. Może nie bazgroliłam po samych ilustracjach, ale po wyklejce, po wolnych białych kartkach…

Ołówkiem?

Wszystkim.  Dorysowywałam kredkami nowe wątki. A ponieważ moja mama nie wyrzuciła  żadnej mojej książki z dzieciństwa, to mam je do dzisiaj.

Długo to trwało?

Musiałam być jeszcze przed szkołą podstawową. Jako dziecko bardzo dużo rysowałam. Także po ścianach (śmiech). Miałam taki czas, że całe mieszkanie było zamalowane, ale moi rodzice jakoś to przetrwali.

Pewnie nie było im łatwo...

Wiadomo, że w PRL-u było ciężko o wszystko, ale rodzicom udało się „zdobyć” kanapę. Pamiętam to uczucie radości, kiedy rysowałam po niej kredkami świecowymi. Dzieci, słonko… Dużo rzeczy się tam działo… i wtedy mama wróciła z pracy. Widziałam, że się zdenerwowała. Aż popłakała się z nerwów, ale nie nakrzyczała na mnie. I pamiętam to moje zdziwienie, że mama jest niezadowolona, skoro tak ładnie wyszło i ta kanapa jest jeszcze ładniejsza niż przedtem (śmiech).

Kanapa przetrwała do dzisiaj?

Nie, nie przetrwała. To znaczy mama ją później doszorowała, nie było śladu mojej działalności. Rodzice dawali mi dużą swobodę i byli wyrozumiali. Tata jest architektem, także było to troszeczkę po linii artystycznej.

W jednym z biogramów przeczytałem, że bardzo wcześnie zafascynował Panią Memling.

Wychowałam się na starówce. W czasie kiedy rodzice pracowali, zajmowali się mną dziadkowie. Lubiłam wpatrywać się w dzieła sztuki, a miałam je wszystkie dookoła siebie. Chodziłam z rodzicami do kościoła św. Mikołaja i pamiętam, że całą mszę analizowałam rzeźby i obrazy. Kiedy później oglądałam rysunki z dzieciństwa – te postacie w szatach, anioły, draperie – było widać, że próbowałam to wszystko narysować. A Sąd Ostateczny rzeczywiście mnie fascynował.

Kiedy zobaczyła go Pani po raz pierwszy?

Dziadek chodził ze mną na spacery. Zaglądaliśmy do Muzeum Narodowego w Gdańsku. Musiałam być jeszcze przed podstawówką, ale siedziałam i oglądałam… Dziwne, jak na małe dziecko. Pamiętam też, że ciocia miała duży album o Sądzie Ostatecznym. Kiedy byłam u niej wertowałam tą książkę.

Wracając do Pani dziadka…

Był bardzo towarzyski, lubiłam te nasze wspólne spacery po starówce. Wchodziliśmy do Kościoła Mariackiego, zaglądaliśmy do Ratusza. Skakałam po schodach i po przedprożach (śmiech). Robiliśmy przejście po wszystkich sklepach, gdzie byli znajomi mojego dziadka.  Sklep z chlebem, z serami, ale też księgarnia na Długiej. Panie sprzedawczynie chodziły w takich granatowych fartuchach, śmiesznie to wtedy dla mnie wyglądało. Pani Zosia, bo tak się chyba nazywała, od razu wołała nas na zaplecze, gdzie czekały na mnie odłożone książki. Mówiła: „A teraz mam coś bardzo fajnego dla Ewuni!”. Tak dostałam piękne, żółte wydanie Dzieci z Bullerbyn, które później przeczytał mi dziadek.

Otoczenie gdańskiej starówki wpłynęło na Panią w dzieciństwie. Czy zaważyło też na wyborze studiów?

Studiowałam architekturę, ale nie lubiłam tych studiów. Były mocno techniczne, troszeczkę inaczej je sobie wyobrażałam. Ale paradoksalnie temat architektury jest mi bardzo bliski i pojawia się w moich ilustracjach.  

Od dziecka lubiła Pani wypełniać przestrzenie rysunkami, studiowała Pani architekturę… A co się działo przed studiami?

Przestałam rysować. W którymś momencie dziecięca wolność tworzenia zamyka się. U mnie było to gdzieś w połowie podstawówki. Później byłam po prostu osobą, która „ładnie rysuje”. Połowie klasy zawsze robiłam obrazki. Wszystkim tym, którym się nie chciało albo uważali, że nie potrafią. Nie było już jednak we mnie tej fascynacji. Gdzieś to się skończyło.

Pozostawało w uśpieniu?

Na studiach architektonicznych zaczęło się to we mnie odzywać. Zaczęłam szkicować. Zorientowałem się, że praca architekta kompletnie nie jest dla mnie. Przez rok pracowałam w biurze architektonicznym, ale coraz więcej czasu poświęcałam na rysunki. Stwierdziłam, że pochodzę po wydawnictwach, chociaż moja teczuszka szkiców była jeszcze dosyć marna (śmiech).

No, i udało się.

Zaczęło się od spotkania jednej osoby. W wydawnictwie oświatowym poznałam Agnieszkę Żelewską, która dała mi do zilustrowania pierwszą książkę w życiu. Być może gdyby nie doszło do tego spotkania machnęłabym na to wszystko ręką. Przecież miałam konkretny zawód i mogłam robić dalej projekty, których nie lubiłam (śmiech).

Ale dlaczego ilustracja właśnie?

Mój dziadek zaszczepił we mnie miłość do książek. Czytaliśmy bardzo dużo, a ja uwielbiałam świat ilustracji. Dużo później kolega malarz widząc moje prace powiedział, że może warto byłoby spróbować sił w tym kierunku. Wydawało mi się, że będę to robiła tylko dodatkowo, obok pracy architekta. „Robienie obrazków” – tak to wtedy traktowałam.

Jednak było to coś więcej.

Ja po prostu nie miałam brzydkich książek w domu. Kiedy oglądam swoją biblioteczkę, widzę same petardy graficzne. Pamiętam, że w dzieciństwie czasami mnie to denerwowało. Ta niedosłowność mnie wkurzała. Kiedy koleżanka z podwórka przyniosła coś  Disney’a od rodziny zza granicy, to budziło dla mnie prawdziwy zachwyt. „Jejku! Książki mogą być takie ładne? Te moje są bardziej szare, bez słodkich królewien w różowych sukienkach (śmiech). Oczywiście teraz wiem, że odegrały dużą rolę w kształtowaniu mojej wyobraźni, w kształtowaniu myślenia plastycznego. To ważne, żeby dziecko miało kontakt z czymś takim. Dziecko samo z siebie częściej wybierze Disney’a. Trzeba mu podsuwać dobre rzeczy.

Jacy autorzy towarzyszyli Pani w dzieciństwie?

Pamiętam Witwickiego, Rychlickiego, Stannego, Truchanowską… Nie było słabych książek pod względem graficznym.

A ma Pani swoich ulubionych zagranicznych ilustratorów?

Mam, oglądam ich na okrągło! Beatrice Alemagna, Stefan Zavrel, Javier Zabala, Carson Ellis, Jon Klassen i wielu, wielu innych!

A jakie są Pani inspiracje oprócz ilustracji innych autorów?

Obrazy. Bardzo lubię Sopocką Szkołę Kolorystów, często ich oglądam. Ale chciałabym jeszcze wspomnieć o polskich ilustratorach. Bardzo cenię nasze młode pokolenie. Uważam, że są super. Gosia Herba, Maria Dek, Marianna Oklejak…

Jak Pani dociera do tych wszystkich osób?

Mocno krążę po internecie, po Instagramie, według klucza kontaktów między ilustratorami.

Czy coś jeszcze ich łączy i sprawia, że te prace do Pani przemawiają?

Ostatnio zastanawiałam się, co tak naprawdę lubię w ilustracji. Można to na przykład odnaleźć w ilustracjach Agnieszki Żelewskiej. Oczywiście są świetne graficznie, ale nie to jest w nich najważniejsze. Jest w nich życie, rezonują na poziomie emocji.

To ważniejsze niż warsztat?

Ostatnio powstało wiele digitalnych ilustracji świetnych pod względem artystycznym. Ale brakowało mi w nich historii, nie reagowałam na nie na poziomie serca. A u Agnieszki Żelewskiej jest właśnie coś takiego, że kiedy stworzy jakąś postać, to ona mnie wzrusza i rozśmiesza. Wesoły Ryjek na przykład. Jest jak żywy, mam wręcz ochotę go przytulić! Podobnie jest z bohaterami Eli Wasiuczyńskiej.

Prowadziły Panie wspólnie warsztaty dla dzieci.

Rezultaty ich pracy zawsze przerastają to, co sobie zakładamy. Przygotowujemy materiały, wyobrażamy sobie efekt końcowy warsztatów, a ten i tak zazwyczaj nas zaskoczy i zachwyci. Bo dzieci zawsze zrobią coś ponad.

Ilustracja kojarzy się z czymś kierowanym głównie do dzieci. Odbiera jej to legitymacje czegoś poważnego, jak wszystko dla dzieci zresztą. Nie jest to sprawiedliwe…

Ma Pan rację. Mam wielu dorosłych znajomych, którzy regularnie kupują książki dla dzieci. Czytają je, oglądają ilustracje… Do jednych to przemawia, do innych nie.

Nie żałuje Pani, że często przestajemy rysować i już do tego nie wracamy?

Przestajemy się też bawić, prawda? Jest taki moment. Jakaś klapka się zamyka. Chyba uczymy się tego świata na tyle, że wydaje się nam, że już go znamy. Może nasz mózg przestaje być tak mocno nastawiony na poznawanie. To taki kolejny etap rozwoju. Moja zaprzyjaźniona malarka, pani Ewa Hoffman-Rosińska zawsze mówiła, że kiedy zaczynasz malować – musisz wrócić do sposobu widzenia dziecka. Może to truizm, ale to zapamiętałam. Powracasz do dziwienia się, do nienauczonego widzenia świata.

Odkrywasz świat na nowo.

Tak. Bardzo ceniła dzieci; mawiała, że są artystami totalnymi.

Widać to na warsztatach z najmłodszymi?

Po warsztatach z dziećmi jestem zawsze bardzo zadowolona, ale też ogromnie zmęczona. Pani Ewa powiedziała mi kiedyś: „Czemu się dziwisz – obcowanie z dziećmi to jak obcowanie z energią atomową”. To tak, jakbyśmy mieli kontakt światłem. Dotykanie tej energii, powoduje też znużenie. Traktowała dzieciństwo z zachwytem i powagą. Chyba też tak mam. To wyjątkowy etap.

A jest taka książka, którą by Pani chętnie zilustrowała, a nie miała jeszcze okazji?

Tak! Mówię o tym  wszystkim redaktorom (śmiech). Chciałabym zilustrować Baśnie tysiąca i jednej nocy – to jest moje marzenie.

Dlaczego?

Po pierwsze dlatego, że jest tam architektura, perskie pałace, ornamenty, draperie… A po drugie przez klimat – w dzieciństwie była to jedna z moich ulubionych książek.

Na pewno jest coś jeszcze.

Chętnie podjęłabym temat  XIX-wiecznego Londynu, może Paryża… Kostiumową historię w stylu Kuby Rozpruwacza.

W takim razie będę Pani kibicował!

Super. Może jakiś wydawca przeczyta wywiad i się zgłosi (śmiech).

Wytłuścimy ten wątek (śmiech). Bycie ilustratorem to najlepszy możliwy zawód?

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszym zawodem jest ten, który Pan Bóg wymyśli dla ciebie. Moja ciocia mówiła: „Ewunia, z tobą nigdy nie było problemu. Dawali ci ołówek, kartkę i był spokój”. Rzeczywiście dużo rysowałam, bardzo dużo… Ale byłam normalnym dzieckiem (śmiech). Społecznym, na podwórko chodziłam, cały dzień na nim spędzałam. Podwórko to było świetne miejsce!

A po podwórku wracała Pani do psucia książek…

Psucie książek to nie jest dobry przykład (śmiech).

Ale nie poszło na marne!

Tak. Chociaż syn koleżanki mojej mamy też chciał rysować po ścianach i dostał lanie.

Z Pani podjudzenia?

Tak, z mojego podjudzenia. Dobrze się to dla niego nie skończyło. Ale zawsze się śmiejemy, że jest teraz panem profesorem, wykłada matematykę na uniwersytecie w USA.

Jakie było Pani najdziwniejsze zlecenie?

U moich dzieci w szkole funkcjonowałam jako „mama od zadań plastycznych”. Najbardziej karkołomnym przedsięwzięciem było chyba zrobienie tych dziewięćdziesięciu paru ryb… Ale nie wiem, czy to jest ciekawe…

To jest bardzo ciekawe!

Musiałam zrobić tyle ryb, ile dzieci szło do pierwszej komunii. Było to trochę kiczowate. Ryby były ze styropianu, w jaskrawych kolorach. Jedna była spora, nie taka malutka jak inne, zajmowała całe schody ołtarza. Ogromna instalacja! W malowaniu oczu miały pomagać mi inne mamy…. I była taka jedna mama, która powiedziała: „O, zaraz ci pomogę, bo ja to super robię i szybciutko to skończymy!”. I jakieś takie straszne te oczy porobiła… Musiałam je później po kryjomu podmalowywać (śmiech).

Szkoda, że nie będę mógł tego opublikować, bo jeśli autorka rybich oczu to przeczyta…

Nie przeczyta, bo to już było tak dawno temu, że nikt tego nie będzie pamiętał (śmiech).

 

Rozmowę przeprowadził pracownik Biblioteki Oliwskiej Mateusz Pudlis

 

A tu niespodzianka! Kolorowanka od Pani Ewy Poklewskiej-Koziełło dla wszystkich spragnionych kolorowania!

 

Data wydarzenia: 
01.07.2020
Udostępnij: