Jesteś tutaj

Wszyscy jesteśmy dziwolągami. Rozmowa z ilustratorem Wojciechem Kołyszko

/
Data wydarzenia: 
25.01.2021

Wszyscy jesteśmy dziwolągami. Rozmowa z ilustratorem Wojciechem Kołyszko

Brakuje Wam kontaktu z ilustracją i warsztatów rysunkowych w Bibliotece Oliwskiej? Jest na to sposób! Zapraszamy do lektury wywiadów z trójmiejskimi ilustratorami, które przeprowadził Mateusz Pudlis.

Wszyscy jesteśmy dziwolągami

Rozmowa z ilustratorem Wojciechem Kołyszko

 

Ilu okładek książkowych jest Pan autorem?

Dokładnie nie pamiętam, ale blisko dwustu.

Czytał Pan te wszystkie pozycje?

Proszę sobie wyobrazić, że prawie wszystkie. Tak się składało, że to w zdecydowanej większości były bardzo fajne książki. Zaczynałem w latach ‘90. Otworzył się wtedy rynek, powstało mnóstwo wydawnictw. Pojawiły się rzeczy, które były wcześniej niedostępne.

Muszę przyznać, że to bardzo różnorodne prace.

Lubię poszukiwanie, nie lubię stagnacji.

Nie przywiązuje się Pan do konkretnego stylu?

Zawsze zadziwiali mnie artyści, którzy przez wiele lat trzymają się jednej stylistyki. Oczywiście, tak można – nie wartościuję czy coś jest lepsze, czy gorsze. Tylko że mnie cieszy próbowanie różnych rzeczy.

Dlaczego?

Dla mnie istotą twórczości jest przekraczanie swoich granic, szukanie wciąż czegoś nowego, próbowanie różnych stylistyk. Oczywiście człowiek może się potykać, robić błędy, nie dochodzić w swych dążeniach do doskonałości. Natomiast poszukiwanie jest po prostu ciekawe.

To jedyny powód?

To jest jedna strona. A druga jest taka, że zawód projektanta, użytkowca, trochę to wymusza. Jak już ustaliliśmy – czytam te książki i widzę, że są bardzo różne. Szukam adekwatnego sposobu przedstawienia istoty książki w jednym obrazie.

Zdarzają się potknięcia?

Są takie projekty, z których jestem bardzo niezadowolony. Kiedy próbuje się czegoś nowego, a do tego gonią terminy, to może się coś nie udać. To jest ciemniejsza strona mojego podejścia. Jeżeli ktoś ma wypracowany styl, to jest na pewno bardziej bezpieczne. 

Lubi Pan ilustrować?

Tak, robienie autorskich okładek to pretekst do fajnych poszukiwań. Ale naprawdę wielką frajdą jest tworzenie wizualnej koncepcji całej książki.

Ilustrowanie to tylko wycinek Pana działalności.

Ja bardzo potrzebuję płodozmianu. Być może to nastawienie sprawiło, że miałem dotąd szansę robić rzeczy bardzo różne – w ramach szeroko rozumianej pracy twórczej. Z drugiej strony czasu jest coraz mniej i trzeba się na coś decydować. Nie można w życiu robić wszystkiego. Dla mnie bardzo ważne jest, żeby to co robię było użyteczne, miało głębszy sens, by wynikało z tego coś dobrego dla innych. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę z tego, że nie chodzi mi to, żeby robić same ilustracje.

A o co?

Dawno temu opowiadałem mojemu małemu synkowi historyjki na dobranoc. Wtedy okazało się, że potrafię ad hoc wymyślić coś, co może zaciekawić dziecko. To oczywiście powszechne doświadczenie wielu rodziców, ale w tym wypadku pojawił się pomysł na to, żeby napisać coś własnego. Gdańskie Wydawnictwo Oświatowe wydało moją książeczkę  „Tajemniczy owoc”. Nadal ma ona swoich wiernych fanów, którzy teraz są już dorosłymi osobami.

Wspominał Pan, że nie była sukcesem komercyjnym.

To prawda, złożył się na to splot niesprzyjających okoliczności. Ale sam fakt, że ta książka wyszła, był pewnego rodzaju przełomem. W połączeniu z doświadczeniem w pracy z dziećmi doprowadził mnie do pomysłu napisania bajki o uczuciach. To był jeden z ważniejszych momentów w moim życiu zawodowym.

Jak do tego doszło?

Kiedy w połowie lat 90 trafiłem do wydawnictwa z tym pomysłem, usłyszałem, że jest to bardzo fajny temat, ale czas i rynek nie są sprzyjające. Zresztą GWP wówczas nie wydawało jeszcze książek dla dzieci.

Musiał Pan być cierpliwy...

Minęło ładnych parę lat, sytuacja się zmieniła, a ja miałem okazję przypomnieć o swoim pomyśle. Podpisaliśmy umowę i w ciągu następnych lat powstała seria książek o uczuciach. To było ucieleśnienie tej idei, marzenia o którym wspomniałem. Tworzenia w pełni własnych rzeczy. W dodatku takich, które mogą być bardzo pożyteczne.

W jaki sposób pomaga Pan spełniać się takim marzeniom?

Mam takie powtarzające się w życiu doświadczenie, że jeżeli jakieś pomysły przychodzą do mnie z zewnątrz, to mogę je podzielić na dwa rodzaje. Takie, które po prostu przychodzą i odchodzą, i takie, które wzbudzają dreszczyk. Jeżeli taka wibracja wewnętrzna pojawia się, to oznacza, że jest to dla mnie fajna ścieżka. Bywa, że efekt jest prawie natychmiastowy, ale częściej okazuje się, że droga do celu jest długa i kręta. Czasami życie zmusza do zmian i nie zawsze to, co sobie wymarzymy, szczególnie w zawodach artystycznych, można od początku do końca zrealizować. 

Praca z dziećmi była dla Pana takim wymarzonym zajęciem, czy było w tym wszystkim trochę przypadku?

Przyszła propozycja od kolegów, żeby pracować w Liceum Plastycznym w Orłowie. I rzeczywiście, wtedy poczułem tę wibrację. Później się okazało, że ten kontakt z młodymi ludźmi jest dla mnie super. W Orłowie uczyłem projektowania graficznego.

To był dopiero początek tej przygody.

Miałem taką fazę 10 lat, pracowałem właściwie na wszystkich poziomach nauczania. Od przedszkola, poprzez podstawówkę, liceum i studium policealne, aż po placówki socjoterapeutyczne. Psychologia zawsze mnie interesowała, nie w sensie akademickim, ale jako naturalna potrzeba poznania samego siebie. Już w czasie nastoletnim miałem refleksję, że jestem generalnie nieśmiały, ale w niektórych sytuacjach to się zmienia. Zastanawiałem się od czego to zależy.

Chciał Pan pomóc dzieciakom we własnych poszukiwaniach? System edukacji chyba nie zawsze je w tym wspiera.

Znam bardzo wiele projektów edukacyjnych dla dzieci, które są słuszne, ale niestety są nudne jak flaki z olejem. Nie trafiają do adresatów, ponieważ nie biorą pod uwagę ich możliwości i punktu widzenia. Jeżeli treści edukacyjne są atrakcyjne, znajduje się w nich element zabawy i radości, jest szansa, że przekazywane treści zostaną w jakieś przynajmniej części odebrane.

Wszystkie dzieci bujają w obłokach, żyją w świecie wyobraźni?

Właśnie nie, to jest jeden ze stereotypów na temat dzieci. Kiedyś na zajęciach z przedszkolakami poprosiłem dzieci o rysowanie swoich ulubionych zabawek. Były tam dwie 5-letnie bliźniaczki, które bawiły się kucykami Pony. Żeby uruchomić ich wyobraźnię zacząłem opowiadać o różnych alternatywach. Że taki kucyk może jechać samochodem, może pofrunąć… Szkoda, że nie mógł Pan zobaczyć miny jednej z dziewczynek (śmiech). Spojrzała na mnie z niesmakiem i powiedziała dobitnie: „Kucyki nie latają!”. Z kolei na innych zajęciach chłopiec rysował maszyny rolnicze i nie miał ochoty wychodzić poza obiekty, które na co dzień go otaczały – mieszkał na wsi.

Co robić w takich sytuacjach?

W pracy z dziećmi chodzi o to, żeby spotkać się w tym miejscu, gdzie jest to możliwe. Często mamy fantastyczne plany, tworzymy świetne programy edukacyjne, ale bywa, że zderzają się one z rzeczywistością. Wtedy należy je modyfikować. Dostosowywać do potrzeb dziecka. Poruszać się w jego świecie, uwzględniać jego potrzeby i wizje. Nieszczęściem wielu programów edukacyjnych jest założenie co i w jakim wieku dziecko powinno robić. Rozumiem, że w jakimś stopniu trzeba je unifikować – totalna indywidualizacja nie jest możliwa. Warto jednak brać pod uwagę dziecięcą perspektywę.

Ale od czasu do czasu trzeba wystawić ocenę…

Rozmawiałem z dziećmi, z którymi pracowałem, o wystawianiu ocen. Tłumaczyłem, że nie są najważniejsze. Ważne jest poczucie sensu i radość z tego, co robimy. Dzieci, a przynajmniej niektóre z nich, z czasem bardziej zwracały na to większą uwagę niż na cyferki. Poczytywałem to za sukces. Bo uzależnienie od oceniania jest, niestety, bardzo silne.

Wracając do Pańskiej twórczości – skąd biorą się te wszystkie fantastyczne stwory?

Rzeczywiście, pewnie moim znakiem firmowym są bardzo dziwne postacie. Z jednej strony to charakterystyczna cecha osobistej wyobraźni. Z drugiej, chęć pokazania innym, że świat pełen jest niesamowitych rzeczy – jeśli tylko uważnie patrzymy. Kiedyś w lesie przechodziła obok mnie trójka ludzi gapiąc się w komórki. A tuż obok nich żył las, rozpościerały się przepiękne mchy, wiły się malowniczo poskręcane korzenie i drzewa… Sceny jak z filmu fantasy. Można w tym widzieć postacie, można widzieć całe światy. Jednak my zwykle nie zauważamy tego, co mamy na wyciągniecie ręki.

Dzieci lubią takie rysunki?

Nie bez przyczyny popkultura (ale i tradycyjne baśnie) pełne są fantastycznych postaci. To zresztą jest i nasze doświadczenie – w trakcie spotkań, większość dzieci żywo reaguje na tego typu obrazki. To zresztą jest przydatna formuła przy tworzeniu bajek terapeutycznych. Jedną z podstawowych zasad jest, by nie umieszczać ich w świecie rzeczywistym. Fantastyczne realia i niecodzienni bohaterowie są swego rodzaju wentylem bezpieczeństwa. Natomiast relacje pomiędzy postaciami i ich emocje pozostają takie, jak w rzeczywistości. Dziecko nie zawsze jest gotowe na przyjęcie bolesnych i trudnych treści w bezpośredni sposób.

Dziwolągi przydają się na prowadzonych przez Pana zajęciach?

Oczywiście. Dzięki nim wypraktykowaliśmy technikę zachęcania osób, które są przekonane, że nie potrafią rysować. Często wówczas mówimy: narysuj dziwoląga. Nikt nie wie, jak twój dziwoląg wygląda. Jeżeli masz narysować słonia czy żyrafę, ktoś zawsze może się przyczepić – o, tu za krótka szyja, tu za gruba noga, wygląda inaczej niż w rzeczywistości. A rysowanie dziwoląga jest bezpieczne – on z założenia ma być dziwny, nikt nie wie jak ma wyglądać. Nie ujawni się wtedy nasz wewnętrzny krytyk. Jeszcze jedna rzecz: dziwolągi często są zabawne; gdy pokazujemy je sobie, śmiejemy się. 

Śmiech jest ważny?

Jedną z moich głównych intencji jest budzenie uśmiechu. Ale przecież w tworzonych przez nas (pracujemy razem z żoną) historiach pojawia się też strach i wszystkie pozostałe uczucia. Zdecydowanie nie chodzi nam o to, by utrzymywać dzieci w sztucznej, przesłodzonej rzeczywistości, która z prawdziwym życiem nie ma nic wspólnego.

To znaczy?

Najlepszym dowodem jest wspomniana wcześniej seria bajek o uczuciach. W rozwoju emocjonalnym ważne jest by rozumieć wszystkie uczucia, także te trudne, akceptować je i potrafić w zdrowy sposób każde z nich wyrażać. Nawiasem mówiąc i w tych książkach pojawiają się dziwne stworki – każde uczucie jest spersonifikowane, dzięki temu dziecko łatwiej się może z nim skontaktować. To dobry patent, żeby przekazywać niełatwe treści w sposób przyjazny i zrozumiały.

Mówi Pan o serii o Bajek o Uczuciach, ale pewnie stwory przydawały się także w innych sytuacjach.

Podobną drogą szliśmy w książkach o miastach – Gdańsku, Sopocie, Rumi, Warszawie. Rozmaite budynki dzięki personifikacji zyskują osobowości. Mają oblicza, ręce, nogi, mogą się poruszać. Jeżeli w przewodniku dla dzieci mamy zdjęcie lub rysunek po prostu odzwierciedlający obiekt, to zwykle nie zatrzyma to na dłużej uwagi młodego odbiorcy. Personifikacje są atrakcyjną i skuteczną formą przekazywania wiedzy.

Kiedy już mówimy o z pozoru groźnych postaciach i miastach…

Kiedy muszę zapytać kogoś o drogę w obcym mieście, wybieram osoby z najbardziej zaciętymi minami. Zwykle najpierw są bardzo zdziwione, a później z ogromną życzliwością udzielają wyjaśnień. Często ludzie nie zdają sobie sprawy w jaki sposób nieświadomie mogą wpływać na otoczenie, jak są odbierani. Warto patrzeć na innych w bardziej otwarty sposób.

Część projektów, o których Pan opowiadał, to wspólna praca z żoną, Jovanką Tomaszewską.

Większość projektów realizujemy razem. Wydawałoby się, że to się nie może udać ze względu na różnice osobowości, doświadczeń i perspektyw – Jovanka jest socjolożką. Tymczasem pracujemy razem już kilkanaście lat. Ostatnio to żona częściej zajmuje się pisaniem, podczas gdy ja zwykle robię ilustracje. Ale to za każdym razem otwarta kwestia. Niezwykłym doświadczeniem jest wspólne tworzenie opowieści. Wtedy na bieżąco podejmujemy decyzję w jakim kierunku pójdziemy.

Czyli?

Wspólnie wymyślamy zarys fabuły, a potem – już pisząc - przekazujemy sobie komputer z ręki do ręki. Po latach często nie jesteśmy w stanie odtworzyć – kto dokładnie napisał dany fragment. Tego rodzaju praca wymaga umiejętności komunikacji oraz wzajemnego zaufania. Zdarza się, że któremuś z nas coś nie pasuje - wtedy musimy dojść do porozumienia. Nie ma innego wyjścia.

Nad czym Pan teraz pracuje?

Bardzo bym chciał stworzyć wielką książkę o Humbajach i Ożywisach – od pewnego czasu wymyślam świat i własną mitologię Wyspy Sobieszewskiej, w której głównymi bohaterami są postacie stworzone na bazie fotografii różnych malowniczych korzeni, wykrotów, „wyrzutków plażowych” itp.

Czyli znowu potwory?

Może potwory, ale nie potworne. Wszyscy jesteśmy dziwolągami - to tylko kwestia perspektywy z jakiej się patrzy.

 

Rozmowę przeprowadził Mateusz Pudlis

 

A tu rysunkowe niespodzianki dla Dzieciaków:

słonkooo

pani domu

pani

przetwór rybny

Miłego drukowania : )!

 

Data wydarzenia: 
25.01.2021
Udostępnij: