Jesteś tutaj

„O życiu teraz”

„O życiu teraz”

        Budzę się rano. Czasem „rano” stanowi jednak po prostu utarte w mowie potocznej dopełnienie budzenia się, bo wcale nie jest już rano. To tak jak machinalne „Dzień dobry!” na powitanie, mimo że człowiek nawet nie zastanawia się, czy jego dzień jest dobry i czy faktycznie z głębi serca wypływa szczere życzenie miłego dnia dla drugiej osoby.

       Czasem więc to "rano" jest godziną dwunastą, a czasem - choć na swoją obronę powiem, że rzadko - godziną czternastą, czy piętnastą. Czasem jednak rzeczywiście jest to rano, które bezsprzecznie rankiem nazwać można, bo wstaję na nogi o ósmej albo i wcześniej. Czasem też nie śpię całą noc, co mnie dyskwalifikuje do tej czynności w ogóle.

      Mogę sobie pozwolić na ten luksus rozwiązłego harmonogramu, gdyż przez ostatnie parę miesięcy nie zajmuję się niczym - i nie rozwijajmy tego wątku. Niemniej ten prestiż, rozciągnięty na ponad dwa miesiące kwarantanny, szybko zamienia się w brzemię. Moje dni i noce straciły jakiekolwiek metrum. To po prostu godziny oświetlone i nieoświetlone. Dni tygodnia zamieniają się imionami i czasem wydaje mi się, że nie przestrzegają nawet tego, że w tygodniu może być tylko jedna środa, tylko jedna niedziela i że suma tych dni w tygodniu musi być nie większa i nie mniejsza niż siedem. Cokolwiek, co w czasach przed kwarantanną nadawało im takt i tempo teraz zniknęło. I wszystkie te niezliczone godziny nieudolnego zabijania nudy lokują się w świadomości jako niepodzielny, niejednorodny blok czasu.

       Chociaż, może te dni mają jakiś takt? Jakiś rytm, tylko że nie umiem się w niego wsłuchać? W końcu spacer z psem (teraz tak bardzo wyczekiwany) to szansa na obcowanie z otoczeniem i stosowny rytuał, który jeszcze dwa miesiące temu wpisywał się w kategorię żmudnych obowiązków. A problemy z hydrauliką w mieszkaniu? Pralka wybijająca wodę w wannie - i ten dylemat, czy zadzwonić wreszcie po hydraulika i pozwolić mu zdemolować łazienkowe kafelki, aby dostał się do trzewi rurociągów, czy jednak domowa interwencja w postaci wrzącej wody i spirali hydraulicznej tym razem wystarczą? Przecież to główny temat brany na tapetę w mojej rodzinie prawie każdego dnia i oś, na której krystalizują się wszelkie nasze troski.

       Czasem podejmuję próby, by wprowadzić własną miarę w te dni, mniej zależną od praw Murphy'iego i wydarzeń losowych, na które nie mam wpływu. Budząc się więc „rano”, jednego dnia rzucam palenie, drugiego ograniczam słodycze, a trzeciego chyba podejmuję trzydziestodniowe wyzwanie ćwiczeń kardio on-line. Wszystkie te postanowienia odbijają się od kwarantannowego letargu, dając raczej zajęcie na chwilę i okrutny wyrzut sumienia z niekontynuowania ich dnia następnego.

       Jednak ta nowa rzeczywistość daje się we znaki nie tylko mnie, rzecz jasna. Moja rodzina również boryka się z nieznośnością egzystencji w czterech ścianach, mimo posiadania narzuconego harmonogramu. Moja młodsza siostra od poniedziałku do piątku ma lekcje on-line. W jej odczuciach jest wręcz gorzej, niż gdy miała normalne zajęcia. Część dnia spędzała wtedy w szkole, a prace domowe, eseje w większości przypadków wypełniała przed monitorem w domowym zaciszu. Teraz jednak, jako że i zajęcia są online, i jej prace domowe, praktycznie non stop siedzi przed błękitnym ekranem. Do tego nowy wymiar obowiązków, jak i sposób ich wykonywania, rzutuje negatywnie na jej samopoczuciu, ilości zażywanego ruchu, jak i generalnie pojętym trybie snu i czuwania.

       Matka również zmuszona jest pracować zdalnie - od godzin porannych do wczesnopołudniowych.  Nadmienię tylko, że jest bardzo temperamentna i ciężko znosi jakiekolwiek perturbacje w godzinach pracy. Uważam jej roszczenia do świętego spokoju w tym czasie za co najmniej naturalne, jednak fakt, iż to właśnie z kuchennego stołu uczyniła swoiste biurko, a całą kuchnię zamieniła w swoje biuro, przeszkadza w z korzystania z tego pomieszczenia przez pozostałych członków rodziny bez ryzyka zostania przegonionym. Ta kuchenna aneksja, wymuszona pandemią uzurpacja do zajęcia tego pomieszczenia, uniemożliwia także uprawianie jednej z głównych ratujących integralność psychiczną czynności, mianowicie - hobbystyczne i zachłanne opróżnianie lodówki z jedzenia. Jakakolwiek obecność w tej przestrzeni, za wyimaginowaną linią terytorialną, jeśli nie jest podyktowana potrzebą zjedzenia śniadania (ewentualnie drugiego śniadania) oznacza zrywanie domyślnego, niepisemnego paktu i wypowiadanie wojny między stronami, trwającej do czasu obiadu, symbolicznego zakończenia matczynej pracy. Na ten posiłek już wszyscy mają zaproszenie, a kuchnia na nowo przyjmuje powszechny, demokratyczny charakter.

       Jeśli chodzi o ojca, to z naszej czwórki chyba najlepiej okiełznał realia kwarantanny. Tata pracuje na zmiany dwunastogodzinne i choć życie według takiego grafiku to katorga, szczególnie na zmianach nocnych, to liczba dni wolnych, które dostaje w zamian, jest nader szczodrą rekompensatą. W owe dni, gdy nie musi odsypiać zmiany, zazwyczaj oddaje się całkowicie pracy na niewielkim ogródku działkowym, oddalonym o spacerową odległość od naszego domu. Spędza tam całe dnie, opalając się we wczesnowiosennym słońcu i doglądając swoich grządek warzyw. Bóg jeden wie, co jeszcze go tam zajmuje i Bóg jeden wie, jak wiele osób za posiadanie takiego ogródka dałoby się teraz poćwiartkować.

      Jedynym świadectwem tego, co tam robi, są przynoszone nam świeże rzodkiewki. Małe, smukłe i żywo różowe. Piekące w język i pożywne. W duecie z drzewami przystrojonymi w młodą zieleń są jedynym dowodem na to, że nadeszła wiosna. Że tam, na zewnątrz, wciąż jest świat, że czas wciąż tak naprawdę płynie. Że mimo tego, co na powierzchni błękitnego globu się dzieje, on wciąż krąży wokół słońca. I kosztując tych rzodkiewek przez sekundę tylko, i przez aż sekundę, materia kwarantanny, tego paraliżującego marazmu, rozdziera się i człowiek dostrzega, że jutro jeszcze nadejdzie, że nie będziemy tkwili w ten sposób wiecznie.

Czasy przed epidemią przypominają wtedy o sobie i upewniają, że wrócą.

Na pewno.

 

Artur Andrzejewski