Jesteś tutaj

Klucze

Klucze

Klucze

Mijał jeden dzień i następnego dnia rano to nie był nowy dzień, ale ciągle ten sam poprzedni, i mijał drugi dzień i następnego dnia rano to znowu nie był nowy dzień. Tak Edward Stachura pisał kiedyś o dniach, które trwają nie jeden, lecz dwa bądź nawet kilka dni. Choć zawsze urzekała mnie prostota tych słów, nigdy wcześniej nie odczuwałem tak silnego przekonania o ich prawdziwości, jakie miałem w ostatnich dniach, a właściwie w ostatnim, wyjątkowo długim dniu.

Zrozumiałem słowa Stachury dopiero wtedy, gdy wraz z opuszczeniem domu i ujrzeniem świata zewnętrznego zakończył się najdłuższy dzień mojego życia. Szedłem chodnikiem ciągnącym się wzdłuż mojego bloku, przyglądając się trawie, drzewom, kwiatom i pozwalając słońcu muskać wrażliwą jak nigdy dotąd skórę ogolonej głowy. Wszystkie te banalne drobiazgi, tak chętnie opisywane przez poetów od najdawniejszych czasów, a do tej pory tak uparcie przeze mnie niedostrzegane, wydawały mi się nadzwyczajnie piękne, zupełnie jakby wyszły spod rąk najbardziej zręcznych manipulatorów, próbujących uspokoić pasażerów tonącego statku.

Mijałem budowy. Zauważyłem, że to co jeszcze wczoraj było ledwie fundamentem, dziś nosiło już niemal wszystkie cechy domu, a robotnicy pędzili po rusztowaniach i dokładali wszelkich starań, by po kolejnym długim dniu wprowadzić się mogły szczęśliwe rodziny. To co mnie zdawało się jednym dniem, dla budowlańców było zapewne długimi tygodniami pracy w pocie czoła i zacząłem rozumieć, jak komfortowa jest moja sytuacja, w której mogę nie opuszczać domu, trwonić dni, a przede wszystkim czuć się bezpiecznie.

Z ciągu myśli o godnej podziwu pracy budowlańców wytrącił mnie widok niecodzienny, który wydałby się takim również w czasie poprzedzającym okres kwarantanny. Do jednego z drzew tworzących szpaler ciągnący się wzdłuż ulicy Kilińskiego przybito gwóźdź, co samo w sobie nie budzi zdziwienia, lecz wiszące na nim drobne, metalicznie połyskujące klucze, przykuły moją uwagę i zupełnie zbiły mnie z pantałyku. Jako że klucz otwiera zamek, który chroni to, co dla nas najważniejsze jak dom czy skarb, ludzie zwykle trzymają go w ukryciu, noszą w najgłębszych kieszeniach, a gdy są zmuszeni gdzieś go pozostawić, wybierają miejsca niedostępne dla oka. W tym wypadku coś jednak pchnęło posiadacza kluczy do wystawienia ich w widocznym punkcie, zupełnie jakby chciał się nimi pochwalić lub udostępnić wszystkim to, co kryło się za drzwiami otwieranymi drobnym kluczem. Niestety, nie znając przeznaczenia tych kluczy, pozostawały dla mnie bezużyteczne, ale i niezmiennie fascynujące.

Porzucając tajemnicze klucze, ruszyłem w stronę lasu, będącego celem mojej wędrówki. W ciągu jednego dnia las wyraźnie odżył. Zwykle pełen śmieci, dziś przypominał pierwotną puszczę, jaką w ostatnich latach ujrzeć było można chyba jedynie w Białowieży. Odgłosy ptaków dało się słyszeć znacznie wyraźniej niż dotychczas i tylko wichury nie sprzyjały rozwojowi tego ekosystemu, gdyż poprzewracały liczne drzewa, tak że zatarasowały drogę. Promienie słońca przenikały korony drzew, budziły do życia oraz ogrzewały ciała zarówno zwierząt, jak i spacerowiczów, którzy podobnie jak ja zechcieli przerwać niekończącą się dobę, by z tak rzadką w tych czasach radością rozpocząć kolejną, zainicjowaną w sposób nietypowy, bo pomijający okres snu, zwykle dzielący kolejne dni.

          Ludzie podziwiający dziś roślinne bogactwa lasu uśmiechali się do siebie, choć obcy, witali pozostałych uprzejmymi słowami i przyglądali się światu z głęboką, szczerą życzliwością. Nawet mężczyzna zbiegający z góry przy akompaniamencie brzęku szklanych butelek i niezrozumiałego okrzyku nie zdołał zaburzyć tej równowagi, a jego szalony pęd rozbawił przechodzące starsze panie, które obdarowały go śmiechem oraz kilkoma niesłyszalnymi dla mnie, ale z pewnością pobłażliwymi słowami. A on sam, choć w innych okolicznościach zapewne nie odwzajemniłby gestu lub nawet wznieciłby awanturę budzącą niepokój wśród wszystkich spacerowiczów, uśmiechnął się czarująco i odpowiedział w krótkich słowach.

          Również świat natury spozierał na nas bardziej przyjaznym okiem. Nie straszyły już nagie, misternie poskręcane gałęzie drzew, lecz witały połyskujące w słońcu szmaragdy liści. Ptaki nie pohukiwały groźnie, próbując przepędzić intruzów z lasu, lecz świergotały z wesołością i w zapraszającym geście. Wreszcie, zwykle płochliwa nad wyraz wiewiórka, zapewne słusznie traktująca człowieka jako najwyższe zagrożenie dla swojego przetrwania, zaczepiła pazury u samego dołu bukowego pnia i patrzyła na mnie raczej z serdecznym zaciekawieniem niż przeszywającą trwogą.

          Całe napięcie towarzyszące mi od początku kwarantanny, a szczególnie wzmożone z chwilą wyjścia z domu po tak długiej izolacji, opuściło mnie w ciągu kilku chwil spędzonych w lesie. Wcześniej obawiałem się, czy my, ludzie, będziemy potrafili odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Czy nie przywykniemy do siedzenia w naszych domach do tego stopnia, że mimo zniesienia nakazów, wychodzeniu z domu już zawsze towarzyszyć będzie niechęć? Czy bogactwo, różnorodność i przede wszystkim pęd świata zewnętrznego nie przytłoczy nas? Czy wreszcie nie poczujemy się obco w świecie, który sami stworzyliśmy i czy ta sytuacja nie objawi nam, jak bardzo nie rozumiemy tego, co nas otacza i kształtuje? Nie mamy przecież chyba złudzeń i wiemy, że świat w tym samym lub nawet większym stopniu kształtuje nas, co my jego. Jednak to krótkie obcowanie z naturą, ludźmi i ich miastem uspokoiło mnie i dało nadzieję na nową jakość w naszym życiu.

          Wracając do domu, znów zatrzymałem się na chwilę przy drzewie ozdobionym kluczami i wyobraziłem sobie, że te klucze wystawiono na widok, byśmy otworzyli drzwi do świata, w którym strach nie sparaliżuje naszych codziennych działań, w którym będziemy potrafili przywitać obcego przychodnia wesołym “Dzień dobry!” bez obawy przed podejrzliwymi spojrzeniami i niezrozumiałą agresją. Może nawet uda nam się wyzbyć pogardy względem drugiego człowieka, by wyciągnąć rękę do odrzuconych i powszechnie potępionych. Póki co, drzwi do tego świata pozostają jedynie lekko uchylone, ale od nas zależy czy w obliczu wspólnego zagrożenia i lęku otworzymy je szeroko czy też bezpowrotnie zamkniemy. Może nieprzypadkowo przygotowano dwa klucze, na wypadek, gdyby ktoś łakomie połknął ten pierwszy, nie chcąc udostępnić go swoim domniemanym przeciwnikom.

          Na razie jednak jesteśmy zmuszeni pozostać w oddzielnych światach ograniczonych przez cztery ściany, oferujących tylko drobne okno na świat, przez które możemy wymknąć się do miejsca, w którym leśni ludzie Stachury pracowali, żyli i kochali. Nie zapominajmy, iż nawet pozostając w domu, powinniśmy starać się, żeby było, “tak jak powinno być, to znaczy tak, że każdy dzień powinien być nowym dniem i to powinno być oczywiste, to się powinno czuć codziennie rano, zaraz natychmiast po przebudzeniu, spontanicznie fantastycznie i namacalnie.

Bartosz Wiercziński