Jesteś tutaj

Kwarantanna i ja

Kwarantanna i ja

16.04.2020

                 Leniwie otwierając oczy dostrzegam, że właśnie świta. Promienie słoneczne wdzierają się niecierpliwie przez uchylone okno. Łaknę ich jak spragniony wody. Dzisiaj ich jaskrawość w ogóle mi nie przeszkadza. Wręcz przeciwnie. Zapraszam je do siebie, by ogrzały moją skołataną ostatnio duszę. Wyglądając przez okno zauważam, że trawa staje się coraz bardziej zielona, a pobliski kasztan stroi się powoli w swoje najpiękniejsze ubranie, kwitnie. Ktoś by powiedział banał.

                 Filiżanka mocnej, czarnej kawy pobudza moje nozdrza i pozwala stanąć na nogi. Jej smak jest dla mnie teraz niczym afrodyzjak. Czas stanął w miejscu. Jestem ja.Mała, krucha istota. Delikatna w swojej ludzkiej materii. Czasami pełna sprzeczności, a ostatnio pełna różnorakich myśli. Jest też moje miasto, które bezsprzecznie nazywam moim miejscem na ziemi. Jeszcze niedawno tak zabiegane, wpisane w rytm naszych szaleńczych czasów i biegiem nie wiadomo za czym. Dzisiaj, choć nadal ma w sobie swego rodzaju komfort, przestrzeń i tajemnice, zrobiło się ciche, smutne, jakby ktoś wyłączył w nim życie. Wielokrotnie wracam wspomnieniami do chwil, gdy mogłam siedzieć na niczym nie zmąconej plaży i składać myśli, ładować akumulatory. Dzisiaj też jest tak cicho, że aż kłuje w uszy.

                Jest też on - mój przyjaciel z początku niechciany. Dzisiaj osiągnął stan przyzwyczajenia. Ma mikroskopijne rozmiary, ale w całej swej małości zawiera siłę tego świata i nas samych. Trzyma się nas kurczowo, jakby zdawał sobie sprawę, że bez nas nie może istnieć. Wiem, że to paradoks, ale dzięki niemu wyhamowałam, odkryłam w sobie rzeczy, o których wcześniej nie miałam pojęcia. Drobnostki zaczęły w moim życiu grać pierwsze skrzypce. Rzeczy ważne - dzisiaj zeszły na drugi plan. W całej rutynie dnia codziennego bardziej skupiłam się na rozmowie z bliskimi mi ludźmi. Wcześniej najzwyklejsze spojrzenie nie napawało taką nadzieją, jak dzisiaj.

                Nie lubię wyimaginowanego świata i żyjących nas w iluzji perfekcjonizmu, którego szukamy na siłę, chociaż wiemy, że go nie znajdziemy. I dzisiaj właśnie za jego sprawą mam wrażenie jakbym wróciła z dalekiej podróży i odkryła siebie samą, właśnie taką jaką jestem naprawdę. Z całą paletą wad, popełnianych błędów, głupotą i mądrością zarazem. To dzięki niemu zdjęłam maskę, za którą musiałam lub chciałam się ukrywać. Jeszcze bardziej dostrzegłam kochających mnie ludzi, którzy byli i są, tylko że teraz jeszcze bardziej namacalnie.

                Zadziwiające, jak mała cząstka, niewidoczna, nieuchwytna, zawładnęła mną (i nie tylko mną), wyzwalając lawinę strachu, niepokoju i gniewu. Tak, wirus zabrał mi wolność w pewnym stopniu, możliwość rozwoju, ale skłonił także do refleksji i dostrzegania człowieka wokół siebie w jeszcze głębszym wymiarze. Pomio że nazwałam go swoim przyjacielem, chciałabym, żeby zniknął, ale mam nadzieję, że to i kogo odkryłam na nowo zostanie ze mną na dłużej. Życie pomimo wszystko jest piękne i tylko od nas zależy jak będziemy go doświadczać. Dzisiaj wiem, że w każdej złej sytuacji należy szukać dobrej strony. Ja i koronawirus żyjemy ze sobą w akceptacji i przyjaźni. Optymizm nie opuszcza mnie w każdej mojej sekundzie życia, które dzisiaj doceniam po stokroć bardziej niż kiedyś. Kreatywność w czterech ścianach przykryła rutynę i nie pozwala mi na nudę. Świat dla mnie samej stał się lepszy, bo oto jestem nowa ja - szczera, czująca i prawdziwa.

Katarzyna Zielińska